Pierścionek zaręczynowy.

Trudno dziś sobie wyobrazić, aby zaręczyny mogły odbyć się bez pierścionka. Ten złoty drobiazg, będący marzeniem każdej panny na wydaniu,

ma w sobie coś magicznego, co trudno wyrazić słowami. Jednak jego historia nie jest długa.

Mało kto wie, że pierścionek zaręczynowy upowszechnił się w Polsce dopiero w XVII wieku i to oczywiście głównie w wyższych sferach, które na taki luksus mogły sobie pozwolić. Wcześniej funkcję pierścionka pełniły wianki. Ale po kolei.
W staropolskiej obrzędowości zaręczyny były bardzo ważnym, wręcz społecznym wydarzeniem, na które często zapraszano rodziny i znajomych obu stron. Narzeczony wraz ze swatem przybywał konno i, nim go wpuszczono do domu wybranki, musiał pod drzwiami wyśpiewać odpowiedni zestaw pieśni.
W czasie przyjęcia zaręczynowego, które specjalnie na tę okazję organizowano, kawaler lub w jego imieniu jego ojciec występował z oficjalną prośbą o rękę do rodziców wybranki. Jeśli został przyjęty, swat, śpiewając odpowiednią pieśń, wiązał dłonie narzeczonych chustą lub lnianym ręcznikiem. Po tej ceremonii następowała wymiana prezentów, a młodzi wymieniali się wiankami. Kawaler nakładał wianek na głowę dziewczyny, a otrzymany od niej przypinał do swojej czapki.
Jak widać, pierścionek jest nieco trwalszym symbolem narzeczeństwa. Zwłaszcza, że był, i nadal jest, oznaką przynależności dziewczyny do chłopca, informując tym samym innych kawalerów, by powstrzymali się od zalotów.
W sferach biedniejszych pierścionek zastępowano obrączką ślubną, którą do dnia ślubu panna nosiła na serdecznym palcu lewej ręki, czyli tam gdzie do dziś nosi się pierścionek zaręczynowy.
Współczesne zaręczyny trudno sobie wyobrazić bez tego pięknego złotego drobiazgu. Oczywiście natychmiast rodzi się pytanie: z jakim kamieniem? Jednak odpowiedź na to pytanie, to już zupełnie inny i nieco bardziej złożony problem. Choć może pomocne będą słowa z piosenki, śpiewanej przez Marylin Monroe: “Diamonds are a girl’s best friend.”.

T.T.