Podróż poślubna.
W dzisiejszych czasach dla wielu, a właściwie dla większości młodych par tzw. honeymoon, czyli miesiąc miodowy trwa zdecydowanie krócej niż trzydzieści dni. Jeżeli uda nam się
wyrwać z pracy na dwa tygodnie urlopu, to już się cieszymy, a i to zdarza się niekoniecznie zaraz po ślubie. Niektórzy nowożeńcy czekają na swój honeymoon kilka miesięcy, bo szef da nam urlop dopiero wtedy, kiedy w firmie jest sezon ogórkowy. Na przykład w listopadzie. No cóż. Znak czasów. Niełatwy rynek pracy, robienie kariery czy ostra konkurencja między firmami to tylko kilka powodów, dla których oderwanie się od codzienności na dłużej i w dowolnym momencie jest dla większości z nas zwyczajnie niemożliwe. Skoro jednak jest to aż tak trudne, to moim zdaniem tym bardziej należy się do tego specjalnie przygotować.
Najważniejszym elementem podróży poślubnej jest to, że spędzacie ją tylko we dwoje, bez rodziny i przyjaciół. Sienkiewicz pojechał w swoją (trzecią) podróż poślubną, zabierając teściową. Wrócił sam. Nie polecam. Jedziecie sami i tylko sami. Wspólne wakacje z rodziną czy przyjaciółmi to nie jest honeymoon. Oczywiście w grupie byłoby taniej i może czasem weselej, ale to nie o to chodzi. Sami, to znaczy sami. Tylko wy decydujecie, co będziecie robić i nikt do was, ani wy do nikogo nie musicie się dostosowywać. Macie ochotę na wycieczkę rowerami po lesie, to do wypożyczalni i jazda. Macie ochotę na spalenie się na heban na plaży, to kocyk pod pachę i załatwione. A może macie ochotę nie wychodzić przez cały dzień z łóżka? No, do tego chyba żadnych nowożeńców namawiać nie trzeba. Tak właśnie ma ten czas wyglądać. Sami planujecie i realizujecie swoje zachcianki, a jak przyjdzie wam ochota zmienić program, to nikt nie będzie miał o to pretensji.
Oczywiście bardzo ważne jest, aby przed wyjazdem w podróż poślubną poznać ustalić sposób, w jaki chcecie spedzać ten czas. Bardzo często małżeństwa dobierają się na zasadzie przeciwieństw np. choleryk z flegmatykiem czy sangwinik z melancholikiem, a to może oznaczać, że lubimy zupełnie inną formę wypoczynku niż nasz partner. Jedni wolą cały dzień prażyć się na plaży, innych kręci windsurfing. Jedni chcą na własne oczy zobaczyć wszystkie zamki, jaskinie i wodospady, innym wystarczy, że poczytają o tym w przewodnikach. I tu ważna uwaga. To, że wy lubicie taką a nie inną formę wypoczynku, która waszego partnera nie bawi, nie znaczy, że jest ona lepsza, czy gorsza. To znaczy tylko, że jest po prostu inna i tylko inna, a przez to, że inna, to należy ją uszanować, tak samo jak inne upodobania partnera. Czy już wiecie, że małżeństwo to sztuka kompromisów?
Spróbujcie, na początek, w poważnej rozmowie ustalić, czy są jakieś formy spędzania wolnego czasu, które odpowiadają wam obojgu. Jestem przekonany, że w każdym związku coś takiego się znajdzie. Ustawcie to jako atrakcję numer jeden podczas waszego wyjazdu. Oczywiście, koniecznie dołóżcie do tego te zabawy, które będą wymagały poświęcenia z jednej i drugiej strony. Na wszelki wypadek po równo. Przy czym podejdźcie do tego z rozsądkiem, czyli jeśli jedno z was poświęci się dla drugiego i spędzi pół dnia na wspólnym czytaniu książki, to nie serwujcie partnerowi w zamian skoku bungee ze stumetrowej skarpy. To, mimo iż trwa tylko kilka sekund, może być zdecydowanie trudniejsze do wykonania, niż cztery godziny nad książką. Choć z drugiej strony zawsze warto zapytać. Może partner was mile zaskoczy i skoczy? Nigdy nie wiadomo.
Zastanówmy się teraz, dokąd wyjechać, tzn. do jakiego kraju. Tu odpowiedź może być banalna. Wybierzcie to, na co was naprawdę stać. Dziś miejsce nie ma znaczenia. Żyjemy na szczęście w wolnym kraju i do większości pięknych miejsc świata nie potrzebujemy żadnych wiz, a jeśli nawet, to uzyskanie ich nie jest przecież niemożliwe. Ważne, żeby to było miejsce, które jest dla was atrakcyjne. Co oczywiście nie oznacza, że musi to być koniecznie zagranica. Zapewniam was, że w Polsce też jest bardzo ładnie i, co nie bez znaczenia, nie ma barier językowych. W tym miejscu muszę jednak coś zasugerować. Wakacje w Polsce to nie zawsze tańsze wakacje. Musicie to po prostu sprawdzić. Czasem w poszukiwaniu kwatery w górach wystarczy przejechać kilkanaście kilometrów np. za słowacką granicę, by znacznie zaoszczędzić i móc dzięki temu skorzystać potem z innych dodatkowych atrakcji.
Teraz bardzo ważny temat, czyli wasze nastawienie podczas podróży poślubnej. Moim zdaniem powinniście jechać, aby maksymalnie korzystać. Korzystać z wszystkiego, co dostępne. I, uwaga, wydać wszystkie pieniądze, które na tę podróż przeznaczyliście! Nie ma chyba nic gorszego, jak oszczędzanie podczas miesiąca miodowego. Macie się bawić, bawić i jeszcze raz bawić. Posmakować wielu różnych atrakcji, nie tylko kulinarnych. Dlatego napisałem wcześniej, żebyście jechali miejsce, na które naprawdę was stać. Żebyście nie musieli analizować, w której restauracji obiad jest nieco tańszy, czy też wybierać między przejażdżką na bananie a wypożyczeniem leżaka. I, uwaga nr 2, to ma być wyjazd wakacyjny, a nie do roboty! Nie wyobrażam sobie, że panna młoda podczas takiego wyjazdu zajmuje się gotowaniem a pan młody na laptopie uzupełnia zaległe sprawozdania. To byłaby totalna porażka. Nadrzędny cel podróży poślubnej jest tylko jeden, macie się sobą nacieszyć! Nic nie może wam tego przesłaniać, nic nie może was od tego odciągać. Żadna praca, żadne gotowanie czy jeszcze coś innego. Laptop zostawiamy w domu, komórki wyłączamy. Jadamy tylko w restauracjach. Kupujemy pamiątki, robimy sobie tatuaże (na wszelki wypadek może być henna), stać nas na bilety wstępu czy wypożyczenie sprzętu. I tak przez cały czas pobytu. Korzystajcie, bawcie się i wydajcie wszystkie pieniądze. W końcu miesiąc miodowy będziecie mieć tylko raz.(TT)
