Tradycyjne zaręczyny.

 Nigdy nie przypuszczałam, jak wiele nerwów może kosztować dzień, na który czeka się z wielką radością.
  Poznaliśmy się w 2003 roku. Wtedy zaczęła się nasza przyjaźń, a po roku uczucie.

 Dokładnie w Wigilię 2005 roku Michał przyjechał do mnie z pierścionkiem zaręczynowym. W blasku kolorowych światełek choinkowych uklęknął przede mną i poprosił mnie o rękę. Była to chwila bardzo romantyczna i niepowtarzalna. Następnego dnia, gdy moi rodzice zobaczyli pierścionek na moim palcu, powiedziałam im o zaręczynach. Cieszyli się razem ze mną, jednakże widziałam w oczach mamy, że coś jest nie tak. I miałam racje, choć mogłam się tego spodziewać. Mama jest wielką tradycjonalistką i chciałaby żeby zaręczyny córki też były tradycyjne. Czyli wiadomo, rodzice moi, Michała, kwiaty itd. Starałam się wytłumaczyć mamie, że czasy się zmieniają, ale mama dopięła swego. Po pół roku mieliśmy „powtórkę z rozrywki”. Co prawda już bez pierścionka, ale jednak. 30 października obie z mamą przygotowałyśmy uroczystą kolację. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, pozostało tylko czekanie na Michała i jego rodziców. To były chwile wielkiego napięcia i nerwów, mimo, że umówiliśmy się z Michałem wcześniej, że tylko oficjalnie poprosi moich rodziców o moja rękę i będzie po bólu (oboje baliśmy się tej chwili, choć byliśmy bardzo szczęśliwi).
  Przyjechali. Przedstawiliśmy sobie naszych rodziców, posadziliśmy przy stole i zaczęło się. W pierwszej chwili, gdy zobaczyłam Michała z trudem powstrzymywałam się od śmiechu. Był elegancko ubrany, garnitur, biała koszula - wyglądał wspaniale, ale te gigantyczne krople potu na jego czole, trzęsące się ze zdenerwowania ręce i kwiaty … Oboje byliśmy zdenerwowani, ale nie sądziłam, że Michał aż tak. Michał podszedł do moich rodziców i trzęsącym się głosem powiedział jak bardzo mnie kocha i że chce ze mną spędzić całe życie i prosi o moja rękę. Łzy w oczach mamy pokazały, że właśnie to chcieli usłyszeć no i tak miało się skończyć. Całkowicie mnie zaskoczył, gdy podszedł do mnie. Klęknął po raz drugi i z wielkim bukietem przepięknych czerwonych róż znów poprosił mnie o rękę. Byłam w szoku. Oczywiście zaczęłam ryczeć, to u mnie normalne. A jedynymi słowami, które wtedy wypowiedziałam były „wstawaj wariacie i nie wygłupiaj się” i rzuciłam mu się na szyję. Przyszła teściowa przez kolejnych kilka miesięcy wypominała mi, że nie odpowiedziałam i że w gruncie rzeczy to nikt nie wie, czy się zgodziłam wyjść za Michała.
  Dziś jesteśmy szczęśliwą parą narzeczonych w trakcie burzliwych przygotowań do najważniejszego dnia w naszym życiu – naszego ślubu, który odbędzie się 15 września 2007 roku.

Paulina.